Konsumpcjonizm jako quasi-sacrum w zglobalizowanym świecie współczesnym

Amerykański socjolog Daniel Chirot uznał, że już na początku XX wieku pozostało na świecie bardzo mało tradycyjnych społeczności. Prawie wszystkie ludy, poza nielicznymi izolowanymi grupami w najodleglejszej Amazonii, na pewnych obszarach Afryki i w niedostępnych częściach Azji, doświadczyły już długotrwałego i niezmiernie destabilizującego kontaktu z wysoce zmodernizowanym, zindustrializowanym i politycznie dominującym światem Zachodu.

Tak było na początku XX wieku. Dzisiaj procesy modernizacyjne sięgają na całym świecie daleko głębiej. Obecnie mówi się o globalizacji kontaktów międzyludzkich i o „późnej nowoczesności”. Brytyjski socjolog Anthony Giddens twierdzi, że nie wkraczamy w jakiś okres ponowoczesności, ale w epokę, w której konsekwencje nowoczesności stają się bardziej radykalne i uniwersalne aniżeli wcześniej. Tak naprawdę bowiem mamy obecnie do czynienia z wielowymiarowym procesem globalizacji społeczeństw. Co oznacza to enigmatycznie brzmiące słowo „globalizacja”? Piotr Sztompka definiuje je jako proces zagęszczania i intensyfikowania się powiązań i zależności ekonomicznych, finansowych, politycznych, militarnych, kulturowych, ideologicznych między społecznościami ludzkimi, co prowadzi do uniformizacji świata w tych wszystkich zakresach, i odzwierciedla się w pojawieniu się więzi społecznych, solidarności i tożsamości w skali ponadlokalnej i ponadnarodowej. Znaczy to tyle, że mamy do czynienia z grupą procesów, które czynią świat społeczny jednym , jednym na kilka sposobów.

Ważnym i umożliwiającym w ogóle współczesną globalizację „sposobem” jest wykorzystanie nowoczesnej technologii. Pozwala ona na komunikację choćby przez sieć internetową praktycznie z każdym człowiekiem na świecie, który ma dostęp do komputera z modemem. Poza tym mass-media – telewizja, radio czy prasa – daje ludziom z różnych zakątków świata możliwość równoczesnego „wirtualnego” uczestnictwa w „globalnych” wydarzeniach: koncertach zespołów muzycznych, piłkarskich rozgrywkach, czy relacjach z ataków terrorystycznych.

zakupy

Innym sposobem „czynienia świata społecznego jednym”, czyli globalizacji, jest rozwinięta sieć powiązań ekonomicznych, politycznych czy kulturalnych. To, co rozgrywa się w danym momencie w jednym miejscu na świecie, jest od razu podchwytywane w innym. Na przykład wieści o wojnie w Iraku wiążą się z natychmiastową zwyżką cen benzyny w Polsce, a nowe, innowacyjne produkty wynalezione w USA po krótkim czasie znajdują nabywców w Chinach.

Nie wspominając o portalach na zasadzie – randki dla ludzi w związkach.

Kolejnym „kanałem przepływowym” globalizacji, ujednolicania świata, są powstające jak grzyby po deszczu organizacje ponadnarodowe. Nie są one najczęściej związane z konkretnym krajem. Najbardziej oczywistym przykładem są korporacje przemysłowe, banki, firmy handlowe. Niektóre zachowują jeszcze symboliczny związek z krajem, z którego się wywodzą: Sony, Toyota, Microsoft, Boeing, inne już istnieją w czysto międzynarodowej przestrzeni: Coca-Cola, McDonalds, Carrefour, General Motors, Citibank, itp.

Innym typem organizacji ponadnarodowych są takie, które przejmują część suwerenności od państw narodowych. Dobrym przykładem mogą być organy Unii Europejskiej, jak Komisja Europejska, która ma prawo podejmować decyzje w stosunku do państw członkowskich; czy Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który ma prawo sądzić obywateli Unii Europejskiej.

konsumpcjonim

Następnym „sposobem na globalizację” są ponadnarodowe sieci telewizyjne, np. CNN, i międzynarodowe czasopisma, np. „International Herald Tribune” czy „Time”. W dziedzinie sportu najsłynniejsze kluby piłkarskie przestają reprezentować swoje kraje, bo czyż można uważać za holenderską albo brytyjską drużynę, w której gra jeden Holender czy tylko trzech Anglików, a reszta to tzw. internacjonałowie?

Wymienione powyżej zjawiska „czyniąc świat jednym”, wskazują tak naprawdę na proces stopniowej uniformizacji globu ziemskiego. W języku potocznym i naukowym w odniesieniu do tego zjawiska używa się słów: amerykanizacja, westernizacja, imperializm kulturowy czy makdonaldyzacja.

Ową makdonaldyzację świata można, per analogiam, porównać do średniowiecznej teokracji czasów feudalnych, kiedy Kościół katolicki przy pomocy teokracji w sposób totalitarny organizował życie społeczne. Współcześnie to ekonomizm w sposób totalitarny wydziera państwom suwerenność. Jak w średniowieczu lingua franca wykształconego świata to łacina, tak współcześnie jest nią język angielski. Język dominującej dzisiaj kultury anglosaskiej.

Amerykański politolog, doradca prezydenta Clintona, Benjamin Barber pisze: American English to dziś główny ponadnarodowy język, zarówno kultury i sztuki, jak i nauki, techniki, handlu, transportu i bankowości. […] Krytycy Nowej Ery Informacyjnej atakują hegemonię światowych serwisów CNN i BBC, ale czynią to po angielsku. Wojna przeciw twardej hegemonii amerykańskiego kolonializmu oraz politycznej i gospodarczej dominacji Stanów prowadzona jest w taki sposób, że toruje drogę miękkiej hegemonii amerykańskiej kultury masowej i języka angielskiego.

Ta hegemonia anglosaskiej kultury popularnej wiąże się z procesami ekonomizmu i konsumpcjonizmu jako tymi, które w bezpośredni sposób wpływają na życie większości obywateli zglobalizowanej kuli ziemskiej. W sposób obrazowy pisze o tych zjawiskach socjolog Piotr Sztompka mówiąc, że przenikają one całe życie społeczne w formacji nowoczesnej […]. Wystarczy wyjść na ulicę nowoczesnego miasta i zastanowić się, co ludzie robią najczęściej. Nie ulega wątpliwości, że dwie rzeczy: pracują i kupują. Po drodze zachodzą jeszcze do banków, biur maklerskich, kantorów. Większość ich życia upływa w kręgu ekonomii, na produkcji i konsumpcji.[pogr. moje – M.K.] Wątkiem głównym – przedmiotem aspiracji, tematem konwersacji, obiektem interakcji i transakcji – są towary i pieniądze. A wartość jednostki często mierzy się tym, jaką ilość dóbr i pieniędzy zdoła zgromadzić, zanim umrze. […] Tak mocny akcent na ekonomię jest niewątpliwą osobliwością społeczeństwa nowoczesnego.

Skoro ekonomia jest axis mundi nowoczesnego świata, to można stwierdzić, że konsumpcja może funkcjonować jako uświęcona, wręcz sakralna wartość zglobalizowanych społeczeństw. Dlaczego? Jak twierdzi socjolog Ludwik Le Bon, jeżeli człowiek głęboko wierzy w jakąś wartość i stanowi ona dla niego oś celów i dążeń, to w istocie jest religijny. Tak o tym mówi: Człowiek jest religijny nie tylko wtedy, kiedy żywi uwielbienie dla jakiegoś bóstwa, ale także wtedy, kiedy wszystkie zasoby umysłu, całą swą wolę i cały fanatyczny zapał oddaje w służbę sprawy lub istoty, które stały się celem i drogowskazem jego uczuć i działań. Jeśli zatem osią nowoczesnego społeczeństwa jest ekonomia, to konsekwentnie współczesny człowiek stawia konsumpcję na piedestale. Posiadanie dóbr staje się dla wielu wartością uświęconą, wręcz quasi-sakralną. Zajmiemy się tutaj omówieniem owego sacrum konsumpcji nowoczesnej. W rzeczywistości bowiem świat konsumpcjonizmu zawiera w sobie nie do końca uświadamianą przez wszystkich uczestników gry rynkowej rzeczywistość świata magii – magii zakupów.[19]

Ta magia jest rzeczywistością kreowaną przez świat biznesu, aby społeczeństwa jak najwięcej konsumowały. Kiedyś biznes starał się dać ludziom to, czego chcieli. Teraz zaczął kłaść nacisk na zmuszanie konsumentów, aby chcieli i „potrzebowali” tego, co produkował i sprzedawał. W poszukiwaniu nowych towarów i usług zrywano z tradycją. Biznes obchodziła jedynie „standaryzacja, masowa produkcja i masowa dystrybucja”.[20] W grę obecnie wchodzą tak naprawdę interesy wielkiego biznesu, a głównie korporacji międzynarodowych. Tak mówi o tym politolog Benjamin Barber: Pod wieloma względami korporacje odgrywają dziś na arenie międzynarodowej ważniejszą rolę niż państwa. […] Korporacje wyrzekają się […] samej idei narodu czy wszelkiego innego prowincjonalizmu ograniczającego je w czasie lub przestrzeni. Ich klienci nie są obywatelami określonego państwa narodowego ani członkami prowincjonalnego klanu – należą do światowego plemienia konsumentów, którego tożsamość określają potrzeby i pragnienia. A te są powszechne, jeśli nie z natury, to dzięki sprytnemu oddziaływaniu reklamy.[21]

To właśnie reklama ma za zadanie tworzyć swoisty rytuał[22] , który poprzez kuszenie klienta ma sprawić, że ten zakupi dany produkt. Amerykański politolog Benjamin Barber wskazuje na proces, który widoczny jest także w europejskich mediach: Dzięki podjętej przez administrację [w USA] […] w 1984 roku decyzji o zniesieniu ograniczeń czasu reklamowego w telewizji, reklama przenika do rozmaitych formuł programów rozrywkowych i informacyjnych. Granice się zacierają. Reklamy udają niezależne komentarze – komentatorstwo staje się reklamiatorstwem. Przed tą zarazą nie uchroniły się nawet dzienniki telewizyjne, które zmieniają się w dzienniki komercyjne. Telewidzowie przestali się orientować, czy oglądają program o jakimś produkcie, czy są namawiani do jego zakupu.[23]

Większość widzów zasiadających przed telewizorem ma swoje ulubione programy czy seriale. Większość z nich z czasem przyzwyczaja się do wszechogarniającej reklamy, która coraz silniej stara się przyciągać ich uwagę. Reklama jest rodzajem rytuału, który często wskazuje widzowi jaki styl życia jest pożądany. Potencjalny nabywca dowiaduje się zatem, jakiego proszku do prania powinien użyć, czy na jaką wycieczkę zagraniczną powinien pojechać. Reklama tak naprawdę staje się medialnym autorytetem, rzekłbym quasi-sakralnym, gdyż to ona udziela rad, odwołuje się do problemów widza, poucza go. Reklama, podobnie jak tradycyjna msza w kościele katolickim, za pomocą dźwięku i obrazu stara się wpływać na emocje i wyobrażnię a nie na intelekt widza.[24]

W kościele wieków średnich wytwarzano w ludzie potrzebę coniedzielnego uczęszczania na mszę w katedrze za pomocą atrakcyjnych środków, jak przepych ornatów księży, niebiańską strzelistość katedr gotyckich, bogactwo sztuki zgromadzonej w kościele, śpiewanie chorałów gregoriańskich czy msze, w których wiele fragmentów odprawiano w ciszy (co wzbudzało wrażenie tajemniczości i niedocieczoności Boga). Analogicznie w świecie nowoczesnym wytwarza się w społeczeństwach potrzebę pójścia do świątyń konsumpcji[25] za pomocą między innymi atrakcyjnej, kuszącej reklamy.[26]

Oprócz reklamy, znamy dzisiaj inne metody oraz rekwizyty quasi-sakralnej rzeczywistości nowoczesnego konsumpcjonizmu. Kusicielami, wabikami do świątyń konsumpcji są między innymi karty kredytowe: kuszą [one] ludzi do konsumowania za pomocą łatwo uzyskanego kredytu; potem do dalszego konsumowania zachęcają propozycje „wakacji płatniczych”, nowych kart i wyższego limitu kredytowego.[27] Innymi rekwizytami ułatwiającymi magiczną konsumpcję są: gotówka, kredyty ratalne, czeki, karty debetowe, karty z mikroczipem, karty bankomatowe i bankomaty. Są to produkty ze sfery finansów mające czynić konsumpcję bardziej sprawną i wygodną dla klienta.

Andrzej Solak: Koreańska krucjata

Koreańska krucjata

19 listopada 1950 r. z bazy K-24 opodal Phenianu, na terenach zajętych niedawno przez wojska ONZ, poderwały się do lotu dwa samoloty myśliwskie F-51D „Mustang”. Obie maszyny wchodziły w skład 2. Dywizjonu Myśliwskiego „Latających Gepardów” (Flying Cheetahs) Południowoafrykańskich Sił Powietrznych (SAAF). Piloci – dowódca Dywizjonu pułkownik S. Van B. Theron oraz kapitan o swojsko brzmiącym nazwisku Lipawsky – zainaugurowali aktywność bojową wojsk Unii Południowoafrykańskiej na egzotycznym teatrze działań wojennych – Półwyspie Koreańskim…

Zapomniana wojna

Wojny w Korei nikt już prawie nie pamięta. A przecież ów konflikt, rozpoczęty przed 55 laty inwazją komunistycznej Północy na „imperialistyczne” Południe, zaangażował siły zbrojne ponad 20 państw! Na koreańskiej ziemi walczyli i umierali żołnierze z Azji, obu Ameryk, Europy i Afryki. W trakcie zmagań, w pewnej chwili, świat znalazł się na krawędzi atomowej apokalipsy. Do dziś rejon ten uznawany jest za potencjalne zarzewie gigantycznej, również nuklearnej zawieruchy, a od czasu do czasu na koreańsko-koreańskiej granicy rozlega się huk strzałów.

konflikt koreanski

Kiedy 25 czerwca 1950 r. dywizje Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej rozpoczęły swój „wyzwoleńczy” marsz, na ripostę Zachodu nie trzeba było długo czekać. Rezolucje ONZ (z 25 i 27 czerwca oraz 7 lipca 1950 r.), wzywające kraje członkowskie do udzielenia pomocy napadniętym, spotkały się z szerokim odzewem. Już w trzecim dniu wojny z komunistami starli się Amerykanie. 29 czerwca na wroga uderzyli Australijczycy. Potem wchodziły do boju wciąż nowe kontyngenty, a międzynarodowy rozmach antykomunistycznej akcji budził skojarzenia z wyprawą krzyżową. Czyż nie była wzruszająca gotowość pomocy ofiarom agresji, deklarowana przez tak odległe kraje, jak Kolumbia, Boliwia, Etiopia? Przez maleńki Luksemburg? Przez ledwie co ocaloną od komunistycznej rebelii Grecję oraz przez zmagające się właśnie z wewnętrznym wrogiem Filipiny? Albo też przybycie na koreański front żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji, mimo zaangażowania tych państw w ówczesne krwawe batalie na Malajach i w Indochinach?

Duzi i mali

To prawda, że losy wojny rozstrzygnęły ogromne, wielusettysięczne armie amerykańska i południowokoreańska. To na nich spoczął główny ciężar działań. Walki trwały trzy lata. W tym czasie służbę w Korei zdołało zaliczyć 1,5 mln Amerykanów. Personel militarny innych nacji określa się niekiedy lekceważąco mianem „małych armii” czy „małych kontyngentów”. Ich wysiłek zbrojny idzie w zapomnienie. A jednak przez szeregi „małych armii” ONZ na Półwyspie Koreańskim przewinęło się łącznie 170.000 żołnierzy.

Na koreańskiej ziemi stanęły oddziały brytyjskie: dwie brygady piechoty, pułk pancerny, jednostki artylerii i inżynieryjne. Kanada i Turcja przysłały po jednej brygadzie piechoty. Z Tajlandii przybył pułk piechoty; z Nowej Zelandii – pułk artylerii. Australia zmobilizowała dwa bataliony infanterii; Filipiny – również dwa, i jeszcze kompanię czołgów.

Belgia, Francja, Holandia, Grecja, Etiopia, Kolumbia wyekspediowały po jednym batalionie piechoty. Luksemburg wystawił pluton wojska – podporządkowano go batalionowi belgijskiemu. Unia Południowej Afryki dała ledwie 15 piechurów, oddelegowanych do sił brytyjskich; przysłała za to dywizjon lotnictwa myśliwskiego. Jednostki lotnicze zaoferowały też: Wielka Brytania, Australia, Kanada, Grecja, Tajlandia.

Przypłynęła ogromna armada morska – okręty Wspólnoty Brytyjskiej, takoż holenderskie, tajskie, kolumbijskie i jeden francuski. Interesujące, że pojawiły się, ściągnięte dyskretnie, jednostki zachodnioniemieckie (3 trałowce) oraz potężna liczebnie flotylla japońska (kilkadziesiąt trałowców, kutrów trałowych i jednostek desantowych). Amerykanom niewygodnie było korzystać ze wsparcia państw byłej Osi, tedy załogi niemieckie i japońskie oficjalnie występowały jako cywilni najemnicy, zakontraktowani i wysłani w rejon działań przez amerykańskie władze wojskowe, nie zaś przez rządy RFN i Nipponu…

koreanskie dzieci

Pomoc medyczną zaoferowały: Indie (345 osób personelu), Dania (200 osób plus okręt szpitalny), Szwecja (160 osób), Włochy (131) i Norwegia (106).

Łącznie Koreę Południową wsparły personelem militarnym i medycznym 23 państwa z 5 kontynentów.

Wielcy nieobecni

Niewiele brakowało, by w odpieraniu komunistycznej inwazji wzięły też udział wojska z Boliwii. Władze tego kraju przygotowywały już trzydziestotysięczny korpus – niestety, wybuch boliwijskiej wojny domowej pokrzyżował te zamiary.

Ofertę odsieczy, i to w sile aż 200.000 wojowników, zgłosił rząd Tajwanu. Gorącym orędownikiem użycia wojsk Kuomintangu był głównodowodzący gen. Douglas MacArthur. Politycy nie wyrazili jednak zgody, obawiając się eskalacji działań.

Zabrakło miejsca w antykomunistycznej krucjacie dla Hiszpanów. Generał Francisco Franco zaproponował wysłanie na Półwysep Koreański całej dywizji. Amerykańska administracja odmówiła, co jest rozmaicie interpretowane. Najczęściej podaje się tu kontekst polityczny, choć nie jest też tajemnicą osobista antypatia prezydenta Trumana żywiona do katolika Franco.

Amerykanie rozważali też uaktywnienie środowisk emigracyjnych z Europy Środkowo-Wschodniej. Padały pomysły utworzenia legionów: polskiego i ukraińskiego. Inicjatywy te szybko zarzucono, choć polscy i ukraińscy obywatele Stanów Zjednoczonych, walczący w amerykańskich mundurach, dzielnie stawali w tym konflikcie. Prawdopodobnie najsłynniejszym był pilot myśliwski Francis Gabreski (Gabruszewski) – nader chętnie przyznający się do polskich korzeni (jego rodzice urodzili się w Polsce), który na koreańskim niebie odniósł sześć zwycięstw indywidualnych i jedno zespołowe (w połączeniu z 28 samolotami niemieckimi, strąconymi przezeń podczas II wojny światowej, zapewniło mu to trzecie miejsce wśród asów amerykańskich).

Żołnierski trud

Esteci militaryzmu narzekają, iż wojna koreańska niewiele wniosła do rozwoju sztuki wojennej. Potężne liczebnie armie walczyły wedle taktyki wypracowanej jeszcze w II wojnie światowej, posługując się bronią i sprzętem z tamtego okresu. Piechota krwawiła w bojach o bezimienne wzgórza, zdobywała lub była wypierana z miejscowości, których nazwy nie mówiły nic nikomu w Europie czy Ameryce. Artyleria pracowicie ostrzeliwała pozycje wroga. Lotnictwo niestrudzenie okładało je bombami i napalmem…

Marynarka wojenna nie staczała efektownych bitew morskich. Poza pełnym rozmachu desantem w Inchon (wrzesień 1950) jej rola ograniczała się do rozminowania i patrolowania szlaków wodnych, niekiedy do demolowania ogniem artyleryjskim wrogich wybrzeży.

Z pewnością Korea wpisała się złotymi zgłoskami w historię lotnictwa – wszak był to pierwszy konflikt, w którym tak ogromną rolę odegrały samoloty odrzutowe. Jednak skromne liczebnie i jakościowo lotnictwo „małych kontyngentów” wysyłano na misje głównie szturmowe. W przeciwieństwie do swych amerykańskich kolegów, piloci brytyjscy, australijscy oraz południowoafrykańscy mieli niewiele okazji do zmierzenia się z komunistycznymi MiG-ami. Spośród lotników „małych armii” najwięcej zdziałali na tym polu Kanadyjczycy, walczący w jednostkach amerykańskich – zaliczono im 9 zwycięstw pewnych, 2 prawdopodobne, 10 uszkodzeń, przy stracie 1 pilota. Brytyjczycy strącili 7 MiG-ów, Australijczycy – 3. Stanowiło to ułamek przewag pilotów amerykańskich.

Jednak żołnierze „małych armii” wnieśli w zmagania swój własny, niebagatelny, ładunek poświęcenia, wytrwałości, również cierpień. Co dziesiąty z nich zapłacił życiem, ranami lub niewolą za udział w starciu z komunizmem.

Potężnie wykrwawiony był zwłaszcza kontyngent turecki – jego straty przekroczyły 20 %. Piloci z Południowej Afryki całą niemal wojnę toczyli boje na przestarzałych samolotach F-51 „Mustang”, płacąc za to straszliwą cenę. Z 95 „Mustangów” SAAF utracono aż 74, poległo lub dostało się do niewoli 42 pilotów… Na koreańską ziemię runęło 66 samolotów australijskich… Belgijsko-luksemburski batalion odznaczył się pod Machasan, Haktam-ri i Kumhwa, wszakże kosztem 1/8 stanu osobowego.

Korea to również gehenna jeńców wojennych. Po zakończeniu działań komuniści uwolnili 3107 Amerykanów i 1377 żołnierzy „małych armii”. Wracali do domów zmaltretowani, ze śladami fizycznych i psychicznych tortur. Wiadomo, że 21 GI’s oraz jeden Brytyjczyk ulegli komunistycznej indoktrynacji i poprosili o azyl w Korei Północnej. Na listach zaginionych wciąż jednak figuruje ponad 6 tysięcy amerykańskich jeńców, jak też 179 Brytyjczyków, 164 Turków, 43 Australijczyków, 16 Filipińczyków, 7 Francuzów, 5 Tajów, 4 Belgów. Ludzi tych najpewniej wymordowano, choć zachowały się też dość liczne świadectwa byłych więźniów obozów koncentracyjnych w ZSRR, Chinach i KRL-D, którzy spotykali w Gułagu osoby, podające się za amerykańskich jeńców z Korei.

Finał

Po trzech latach walk zawarto rozejm. Południe obroniło swą niepodległość. Północnokoreańskiego agresora przed całkowitym upadkiem uchroniła jedynie interwencja wojsk chińskich i sowieckich. Przyjmuje się, iż w wojnie zginęło łącznie ponad milion Koreańczyków, żołnierzy i cywilów. Straty chińskich komunistów, przesadnie szacowane przez Zachód nawet na milion zabitych, faktycznie sięgały 145.000 zabitych i zmarłych, jak też 25.600 zaginionych bez wieści i jeńców. Sowieci przyznali się do 299 zabitych, w tym 120 pilotów.

Poległo, zaginęło, straciło życie w wypadkach bądź zmarło 54.246 Amerykanów. „Małe armie” również złożyły daninę krwi – łącznie 4.029 poległych i zaginionych.

Wojna koreańska pokazała, czym mogła stać się wspólnota Narodów Zjednoczonych – światowym policjantem, instrumentem obrony słabszych, pogromcą agresywnych despotii. Niestety, ONZ dość szybko zamieniła się w gigantyczną, biurokratyczną strukturę, nastawioną w pierwszym rzędzie na zaspokajanie stale rosnących potrzeb swych urzędników, trwoniącą siły i środki na „modne”, choć absurdalne inicjatywy. Współczesna ONZ jest karykaturą marzeń, które legły u jej fundamentów. W żadnym wypadku nie jest to jednak winą żołnierzy z 23 krajów, którzy przed półwiekiem pospieszyli na wezwanie do walki i których krew wsiąkała potem w koreański piach.

Świetny artykuł o odchudzaniu:

Na stronie http://szczuplakobieta.pl pojawił się artykuł – skuteczne siemię lniane na odchudzanie

Adam Danek: ORDO. Wizja ładu i jej upadek w myśli Huguesa Félicité  Félicité Roberta de La Mennais’go (1782-1854)

W latach 1789-1815 Francja przeżywała niewątpliwie Najbardziej burzliwy okres własnych dziejów. Zakończenie tej epoki nie na długo przyniosło jej spokój. W XIX wieku na ulicach Paryża jeszcze kilkakrotnie wzniosły się barykady.

Biografia Hugues

Hugues_Felicité_Robert_de_Lamennais

W 1848 r. kolejna rewolta obaliła uzurpatora Ludwika Filipa – kaprys tłumu zmiótł go z tronu, jak i kaprys tłumu osadził go na nim osiemnaście lat wcześniej.

Otwórz PDF

Rewolucjoniści wdarli się do królewskiego pałacu Tuileries, wykradli stamtąd tron Burbonów i spalili go na placu Bastylii, w następstwie czego proklamowano republikę.

Po przeprowadzeniu nowych, demokratycznych wyborów w parlamencie znalazła się grupa przedstawicieli radykalnej lewicy, między innymi potępiony przez Kościół ksiądz katolicki Hugues Félicité Robert de La Mennais, zwolennik ustanowienia we Francji „republiki socjalnej”.

Jego program tworzyły hasła egalitarystyczne i socjalistyczne. La Mennais przebył niezwykle długą drogę, nim przyjął takie poglądy, drogę zdumiewająco długą i zawiłą.

Nowe wydanie Dávili w języku polskim

Z zawstydzającym opóźnieniem pragniemy poinformować o pojawieniu się na naszym rynku wydawniczym polskiego tłumaczenia „Sucesivos escolios a un texto implícito” Dávili [2006], przygotowanego przez Wydawnictwo Furta Sacra.